czwartek, 24 lipca 2014

Pożegnanie z ecosme.pl

Pokazywałam Wam parokrotnie zakupy ze sklepu ecosme (TU, TU, i TU) . Włoskie kosmetyki naturalne bardzo przypadły mi do gustu. Strasznie żałuję, że sklep ecosme.pl, w którym można je było nabyć, właśnie kończy działalność...
Z powodu likwidacji sklep zorganizował wyprzedaż - kosmetyki można było nabyć w niezwykle atrakcyjnych cenach! Według Właścicielki sklepu ceny zostały obniżone o 30%, ale z moich obserwacji wynika, że promocja jest w wielu przypadkach znacznie większa.
Pospieszcie się, może coś jeszcze zostało :).

Ja kupiłam te kosmetyki, na które od dawna miałam ochotę, ale których zakup wciąż odkładałam na później. Później przestało być w zasięgu ręki, więc musiałam się sprężyć.
Tym oto sposobem do mojej kosmetycznej kolekcji dołączyły poniższe cuda.


Z asortymentu firmy Bjobj wzięłam łagodzącą emulsję aloesową do ciała oraz płyn do higieny intymnej na bazie wody morskiej.
Bardzo fajnym pomysłem producenta jest wkładanie do kartonów próbek innych kosmetyków :). Strasznie mi się to podoba!


Z Italchile przygarnęłam różany krem energetyzujący o działaniu anty-age i balsam do ust. Pomadka pielęgnacyjna jest dla Was - ale o tym za przysłowiową chwilkę.


Nie mogłam się też oprzeć kosmetykom firmy Biofficina Toscana. Kupiłam miodową wersję lotionu do ciała (kocham wersję rokitnikową!), antyoksydacyjną emulsję do twarzy oraz zestaw podróżny z miniaturkami szamponu, odżywki i dobrze mi znanego, delikatnego żelu o zapachu anyżku :). W przepięknej, materiałowej kosmetyczce, znalazłam też próbkę balsamu z papryczką chili.

Zakupy świetnej jakości kosmetyków w tak okazyjnych cenach zawsze cieszą. Jednak przykro mi, że powodem mojej radości jest likwidacja ecosme, bo bardzo lubiłam ten sklep.

wtorek, 22 lipca 2014

Mumio - a co to?

Mumio kusiło mnie od dawna. Jest to balsam mineralno - organiczny w formie małych, czarnych, tabletek do rozpuszczania. Lubię takie nietypowe kosmetyki :).


Mumio występuje tylko w kilku miejscach, których dokładne położenia od wieków są ściśle strzeżoną tajemnicą. Tubylcy nazywają mumio Łzami Gór lub Krwią Gór. W Rosji jest ono uważane za skarb narodowy.
Posiadane przez mnie mumio jest, zgodnie z informacją na opakowaniu, wydobywane w górach Tien - Szan.
Na następnym zdjęciu możecie przeczytać parę słów o tym balsamicznym specyfiku :).

Mumio stosujemy po rozpuszczeniu w wodzie w proporcji 1 tabletka na 5 ml wody.
Przygotowanym roztworem przecieramy twarz, szyję lub wcieramy w skórę głowy. Mumio przyspiesza regenerację naskórka i przywraca cerze jędrność, odzyskuje ona świeży wygląd. Likwiduje podrażnienia, chroni skórę przed przedwczesnym starzeniem, wzmacnia włosy, pomaga w zwalczaniu łupieżu i swędzącej skóry głowy.
Można także zrobić sobie kurację oczyszczającą - w tym celu należy jedną gazę opatrunkową nasączyć roztworem i nałożyć na twarz, zamykając oczy, na 5-10 minut. Próbowałam tej metody - faktycznie skóra jest silnie oczyszczona, mocno napięta, nieczystości wręcz wyssane. Ale muszę przyznać, że jest to nieco uciążliwe technicznie. Ciemny płyn skapuje dookoła, jeśli natomiast nasączymy za mało to efekty nie są tak dobre.
Ale jeśli ktoś ma wannę (ja nie posiadam) to można sobie taką kurację strzelić na ryjka w trakcie kąpieli :). Wówczas problem ze skapywaniem przestaje być problemem.


Jeśli nie chcecie, tak ja obecnie, wydłubywać tabletek mumio z opakowania, przechowujcie je w lodówce :). W czasie upałów tabletki robią się miękkie, przybierają postać czarnej, gęstej masy, zaklejającej przeznaczone dla nich miejsce. Bardzo trudno wyskrobać tą masę i mi nie udało się tego zrobić do końca. Dopóki temperatura nie była tak mordercza tabletki były wprawdzie lekko lepiące, ale bez problemu możne je było wydobyć w całości.

Na poniższym zdjęciu możecie zobaczyć jak wygląda roztwór mumio - ma postać czarnego płynu, o specyficznym i silnym, żywicznym zapachu. Ja dodatkowo czuję też wilgotne, omszałe skały, lekki powiew kościelnych kadzideł i delikatną nutkę eukaliptusa.

Początkowo czarna mieszanka lekko barwi skórę, po jakimś czasie efekt ten przestaje być widoczny, ale mam wrażenie, że nie zanika do końca. Wydaje mi się, że bardzo niewielkie przyciemnienie skóry pozostaje :), na szczęście nie mam plam, smug i jest to na tyle mało zauważalne, że spokojnie można roztwór stosować na dzień.

 
Płyn nie daje uczucia suchości w trakcie nakładania, ma trochę glicerynowy poślizg i pozostawia lekką aksamitność na skórze. Wyraźnie napina. Kremy i sera dobrze się na nim wchłaniają. Nie szczypie, nie podrażnia. Osusza problematyczne partie i silnie oczyszczając przyspiesza powrót skóry do dobrej kondycji.

Stosowany na skórę głowy bez problemu w nią wnika nie podrażniając. Ze względu na swoją balsamiczność wydłuża proces ich schnięcia. Jeśli więc myjecie włosy rano przed pracą, tak jak ja, i chcecie nałożyć na skórę głowy roztwór mumio to bierzcie pod uwagę konieczność poświęcenia dodatkowych 2 minut na suszenie suszarką. Niby dwie minuty to mało, ale z doświadczenia wiem, że rano przed pracą każda minuta ma inny wymiar czasowy niż w pozostałych porach dnia :).
Poza lekkim i prawie niezauważalnym usztywnieniem włosów u nasady oraz specyficznym zapachem skóry głowy nie stwierdziłam wpływu mumio na wygląd fryzury. Nie obciąża, nie przyspiesza przetłuszczania, nie matowi. Z uwagi na silny zapach nie stosuję przy obecnych upałach - nagrzana skóra głowy dość mocno rozsiewa wokół woń mumio, która pomimo, że nie jest brzydka, to jednak specyficzna.
Z zastosowań włosowych najbardziej przypadło mi do gustu dodawanie mniej rozcieńczonego roztworu mumio do masek włosowych. Balsam rozpuszczam w minimalnej ilości wody i mieszam z maską oraz niewielkim dodatkiem jakiegoś oleju.


Interesujący specyfik :).

Kosztuje niewiele - w formie saszetek można je nabyć w cenie 8 zł za 5g, 30 tabletek (łącznie 6g) kupiłam za 12 zł.
A jak już będziecie w podlinkowanym sklepie (nami24) kupować mumio, to skuście się od razu na olej łopianowy, o którym pisałam TU. Zresztą znajdziecie tam też wiele innych, ciekawych pozycji :).


poniedziałek, 21 lipca 2014

:) :) :) :)

Kochani, już wracam :))))
Muszę jeszcze trochę ochłonąć i dać sobie chwilę na uwierzenie, że wszystko tak się wspaniale potoczyło, ale pomału dochodzę do siebie.

Profesorowie z oddziału neurochirurgii Wojskowego Instytutu Medycznego na Szaserów w Warszawie dokonali absolutnego cudu i moje najwspanialsze na świecie dziecko w tempie błyskawicy wraca do zdrowia i sił, prawdopodobnie bez trwałych, negatywnych skutków operacji. Magicy, cudotwórcy i nasi bohaterowie! Zresztą oba oddziały, z którymi mieliśmy dość długie i intensywne kontakty, czyli oddziały neurologii i neurochirurgii, są wyjątkowe - niespotykana troska i zainteresowanie, cierpliwość, wyrozumiałość, szacunek dla pacjenta, jego uczuć i jego cierpienia. A do tego wiedza, umiejętności i doświadczenie na najwyższym poziomie. Absolutnie niesamowici ludzie.
Myślę, że nic nie stanie na przeszkodzie, aby w październiku moja najdzielniejsza córka rozpoczęła wymarzone studia, o dostaniu na które dowiedziała się tuż przed operacją :))).
Nie miałam odwagi nawet marzyć o takim przebiegu spraw!
Wciąż boję się tak do końca ucieszyć... trudno uwierzyć w to wszystko.

Dziękuję Wam z głębi swojego matczynego serca za wsparcie, troskę i ciepłe myśli :).

sobota, 12 lipca 2014

Mydło z aleppo 70%

Chwilkę wcześniej (TU) chwaliłam się Wam, że do mojej kolekcji mydlanej dołączyło mydło alep z 70% zawartością oleju laurowego.
Tak jak się spodziewałam był to niezwykle udany zakup.


Do tej pory miałam mydła alep marki Alepia. W porównaniu do nich mydło l'orient jest zauważalnie mniej wydajne. Połówka kostki znika u nas szybciej niż kawałki Alepii. Mi to nie przeszkadza, ale uprzedzam :).


Działanie typowe dla tradycyjnych kostek alep, czyli zachwycające. Efekty nieco szybsze i bardziej dogłębne niż przy niższych stężeniach. Skóra jest wygładzona, zdrowo napięta, z dnia na dzień zyskuje na kolorycie i sprężystości. Zauważyłam, że przebarwienia szybciej znikają. Problemy skórne są łągodzone, mydełko wspomaga ich leczenie i sprawia, że rzadziej nawracają.


Kostkę 70% l'orient używam oczywiście do twarzy, ale także do całej reszty ciała. Tylko włosów nim nie myje - mydła do włosów to nie moja bajka.
Pięknie zmywa makijaż. Oczyszcza cudnie. Pory świecą pustką :) i zwężają się widocznie. Mojej twarzy nie wysusza, ale ponoć różnie z tym bywa. Wręcz wydaje mi się, że ma lekkie działanie rozpuszczające zbędne pozostałości naskórka. Nie stwierdziłam też niezdrowego naciągnięcia.
Super do higieny intymnej - bez zarzutu odświeża i pielęgnuje. Dobrze wpływa na przesuszoną skórą łydek :) i łagodzi ślady po ugryzieniach robali.
Mężowi pomaga w łagodzeniu objawów alergii, która niestety objawia się również na skórze. Córka chyba kocha mydła alep tak samo jak ja, bo żel pod prysznicem stoi mocno zakurzony od czasu, gdy kostka się tam pojawiła :).
Pachnie przepięknie! Jak wszystkie kostki tradycyjnych mydeł alep. O moim zachwycie i dozgonnej miłości do nich możecie poczytać TU.


Jak zwykle podzieliłam kostkę, bo jest zbyt duża by wygodnie używać jej w całości. Niestety moje zdolności manualne zawiodły :) i nie wyszło mi to zbyt ładnie... ale za to dało ciekawy, artystyczny efekt :). Kostka 70% jest nieco ciemniejsza od tych zawierających mniej laurie.
Śliczna, prawda?



Kochani, prawdopodobnie to mój ostatni wpis na jakiś czas.
Jutro wyjazd, a na początku przyszłego tygodnia... w nadchodzącym tygodniu czas się dla nas zatrzyma a świat stanie w miejscu... 

 

poniedziałek, 7 lipca 2014

Olej z korzenia łopianu

Mowa oczywiście o powszechnie znanym i cenionym za swoje właściwości oleju firmy Nami.
Oprócz głównego składnika, olejowego wyciągu z korzenia łopianu, mamy też domieszkę uczepu trójlistkowego, pokrzywy, omanu, podbiału i skrzypu polnego. Piękne towarzystwo :).

Z nieznanych mi składników obecny jest tu oman, który według speców od ziół jest uważany za jedną z najbardziej cennych roślin. Oman był stosowany głównie jako lek silnie odkażający układ oddechowy (przy infekcjach i stanach zapalnych gardła, oskrzeli, płuc, jamy ustnej), wykrztuśny, przeciwkaszlowy, przeciwgruźliczy, przeciwprzeziębieniowy i przeciwgrypowy. Zanim wprowadzono leki przeciwko gruźlicy, antybiotyki i sulfonamidy olejek omanowy należał do najsilniejszych antyseptyków i substancji odkażających oraz przeciwgnilnych i antypleśniowych.
Stosowany zewnętrznie służy do leczenia zapaleń skóry, świądu, owrzodzeń, odleżyn.
To oczywiście zaledwie częśc jego zastosowań, ale musicie przyznać, że ciekawe z niego ziółko.


Olej z korzenia łopianu odżywia i wzmacnia cebulki włosowe, poprawia wzrost włosów, odnawia zniszczoną strukturę włosa. Pomaga zwalczyć łupież, suchość i swędzenie. Na skórę działa odżywczo, przeciwstarzeniowo i przeciwzmarszczkowo.

Olej łopianowy nie jest ani bardzo tłusty, ani mocno ciężki. Taki raczej średni. Włosy ładnie go chłoną, bez problemu wnika zarówno w nie jak i w skórę głowy. Bardzo łatwo też się zmywa i z reguły wystarczą mi standardowe 2 mycia. Dobrze spłukany nie obciąża i nie przyspiesza przetłuszczania. Włosy są po nim fajnie ciężkie, wizualnie grubsze, ale sprężyste i nie oklapnięte. Układają się bez problemu i ładnie błyszczą.
Skóra głowy jest odprężona, mniej napięta, zrelaksowana.

Od czasu do czasu kapnę też olejem do maseczek glinkowym lub nałożę na twarz - cieszy się z jego obecności. Jest gładka, ma ładny koloryt, jest dobrze odżywiona. Nie zauważyłam zapychania, ale zaznaczam, że nie stosuję oleju łopianowego na twarz regularnie, tylko sporadycznie.


Zdarza mi się też podrasować łopianem balsam do ciała. Robię to gdy moja suchość skóry woła o pomstę... Nie przepadam za olejowaniem ciała, bo nienawidzę mieć tłustej skóry. Odrobina łopianu domieszanego do balsamu jest jednak przeze mnie tolerowana, bo znacznie zwiększając siłę odżywczą i regeneracyjną smarowidła nie powoduje jego przesadnej tłustości.
Kusiło mnie przetestowanie go na rzęsach. Więc spróbowałam. Używałam jednak zbyt krótko, by zauważyć efekty. A to dlatego, że jestem zbyt leniwa na cowieczorne zdejmowanie soczewek, a mając soczewki nie nałożę przecież oleju na rzęsy... W każdym bądź razie moim zdaniem taka kuracja rzęsowa może być naprawdę świetna, a przy okazji okolice oczu dopieścimy. Nie stwierdziłam szczypania ani podrażnienia, olej pod tym względem był bardzo łagodny dla oczu.

Olej ma absolutnie fantastyczny, zielony kolor! Przecudny :). Pachnie... łopianowo :) i trochę ziołowo, mi bardzo odpowiada.




piątek, 4 lipca 2014

Spray do włosów z solą morską

Jakiś czas temu pokazywałam swoją kolekcję stylistyczną firmy andalou naturals (TU).
Dołączył do niej także spray z solą morską. Ponieważ jednak brałyśmy spray na spółkę z dziewczynami z wątku, mogę Wam pokazać jedynie zdjęcie ściągnięte ze strony iherb.com. Swoją część sprayu mam w pojemniczku zastępczym.

 

Obietnice producenta o zwiększaniu objętości uważam za całkowicie spełnione. Początkowo wydawało mi się, że nie robi nic specjalnego, ale po prostu musiałam dobrać odpowiednią ilość. Stosując 7-8 psików na całe włosy u ich nasady można uzyskać naprawdę świetny efekt. Włosy są pięknie uniesione, wydaje się być ich więcej, dobrze się układają i są błyszczące. Spray zapewnia delikatne usztywnienie włosów, co pozytywnie wpływa na trwałość fryzury i pomaga w uzyskaniu lepszej objętości.
Gdy przesadzimy z ilością stają się nieco szorstkie i zbijają się w strąki - dobrze więc zacząć od mniejszej dawki i stopniowo ją zwiększać aż do uzyskania optymalnego efektu.
Zgodnie z opisem spray z solą morską dodatkowo wzmacnia włókna włosa, poprawia witalność, regeneruje, wspomaga walkę z wypadaniem włosa i zapobiega jego starzeniu się. Ciężko mi się odnieść do tych kwestii, bo stosuję inne kosmetyki pielęgnacyjne. W każdym razie w czasie stosowania spray włosy mają się bardzo dobrze :).


Spray można stosować na włosy mokre i suche. Ja używam tylko na mokre.

Chyba pokuszę się o stwierdzenie, że spray z solą morską działa na moje włosy nieco lepiej niż spray z biotyną i daje lepszy efekt wizualny.
Po skończeniu obecnych sprayów włosowych (taaaaa.....) wybiorę raczej wersję z solą. No chyba, że w tzw. międzyczasie wpadnie mi w łapki coś zupełnie innego :).



Skład:
Aloe barbadensis juice*, sodium chloride (sea salt), fruit stem cells (argan, malus domestica, solar vitis) and bioactive 8 berry complex*, lauric acid, vitamin B complex (biotin, thiamine, pyridoxine, niacin, riboflavin. and panthenol), hair regeneration complex [tussilago farfara (coltsfoot), achillea millefolium (yarrow), cinchona succirubra (quinine bark), cysteine, glycosaminoglycans, spiraea ulmaria (meadowseet)], camellia sinensis (white tea) and hibiscus rosa-sinensis extracts*†, tocopherol (vitamin E), phenethyl alcohol, ethlhexylglycerin, cedrus atlantica (cedarwood), cananga odorata (ylang ylang) and eugenia caryophyllus (clove) oils*
*Certified Organic
†Fair Trade

środa, 2 lipca 2014

Nabytki z ZSK

Był czas, kiedy zakupy ze sklepów z półproduktami zawładnęły większą częścią mojej lodówki. Obecnie rzadko już do nich zaglądam, bowiem po szaleństwie z samorobionymi kosmetykami niewiele mi już zapału zostało, a zgłębianie tajników gotowych kosmetyków naturalnych jest bardzo absorbujące :). Sklepy takie jak mazidła, zrób sobie krem, biochemia urody, naturalis, e-naturalne czy calaya odwiedzam sporadycznie, acz z przyjemnością i ogromnym sentymentem.
Ostatnio poczyniłam małe zakupki w ZSK - nabyłam olej z nasion malin, olej z nasion herbaty, algi brunatne i komórki macierzyste z jeżówki.


Oleje są mi potrzebne zarówno do maseczek na bazie glinek lub alg (rozrabiając proszek z  hydrolatem dodaje 2, 3 kropelki celem opóźnienia zasychania i wzmocnienia działania odżywczego), jak i do stosowania solo. Nie przepadam za tłustą skórą twarzy, ale od czasu do czasu czysty olej na skórze jest mi potrzebny, żeby wzmocnić i "podrasować" cerę.
Olej z nasion malin miewałam już wcześniej. Fajnie wygładza skórę, zostawia ją aksamitną i dobrze odżywia. Olej z nasion herbaty to dla mnie nowość, ale już zdążyłam go bardzo polubić. Pachnie trochę jak skórka świeżego ogórka i jest wyjątkowo mało tłusty, odżywia i rewitalizuje bez zarzutu.
Oba oleje są bardzo lekkie, dobrze się wchłaniają i nie zapychają mi porów. Świetnie sprawdzają się w połączeniu z serum rozświetlającym pukka (pisałam o nim TU). Do 10 ml serum dodaję 5-6 kropelek oleju z nasion maliny lub herbaty i otrzymuję wciąż bardzo lekkie i świetne na upały, lecz bardziej odżywcze serum. Twarz jest gładka, promienna, aksamitna w dotyku.

 

Algi brunatne to także mój debiut :).
Ascophyllum nodosum pochodzą z czystych, głębokich wód oceanicznych. Organizmy te zawierają pełną gamę składników odżywczych, soli mineralnych i witamin. Algi brunatne dostarczają makro i mikroelementy (m.in. wapń, magnez, sód, potas, siarka, fosfor, jod, miedź, cynk, selen), polisacharydy, tłuszcze (wraz z niezbędnymi nienasyconymi kwasami tłuszczowymi NNKT), witaminę C, E, K, witaminy z grupy B, prowitaminę A. Ascophyllum nodosum znajdują zastosowanie między innymi w produktach anty-aging, łagodzących podrażnienia, do pielęgnacji po kąpielach słonecznych.
Algi brunatne stosuję do włosów, jako dodatek do szamponów i masek, oraz w formie maseczki na twarz. Czuć je rybimi łuskami i wnętrznościami. No cóż, zapachem nie zachwycają, ale nadrabiają jego trwałością... :).
Moje włosy bardzo polubiły algi, są po nich bardziej błyszczące niż zwykle i dobrze się układają. Całe szczęście miałam jeszcze w zanadrzu olejek rozmarynowy, bo inaczej ciągnąłby się za mną rybi smród. Trochę wciąż przebija, ale jest już do zniesienia.
Facjata bardzo dobrze reaguje na algi. Jest jakaś taka ładniejsza, zdrowsza, ma lepszy koloryt i jest świetnie oczyszczona. Minusem zabiegu algowego jest oczywiście zapach, ale czego kobieta nie zrobi, żeby być trochę ładniejsza :).


Komórki macierzyste z jeżówki wąskolistnej stymulują powstawanie nowych włókien kolagenu, odmładzają i regenerują starzejącą się skórę, poprawiają jej jędrność i elastyczność, zwalczają stany zapalne i infekcji, wygładzają, nawilżają i poprawiają koloryt cery.
Można się rozmarzyć...
Oby nie za mocno. Mi komórki macierzyste nic a nic nie służą, zepsuły mi cerę. Stała się nadwrażliwa, podrażniona, skórę na czole mam zapchaną i w krostkach. To tyle co do ich cudowności.
Jeżówka bardzo dobrze służy mi w toniku herbfarmacy (TU recenzja) i rozsądniej dla mnie będzie pozostać przy tej właśnie jej formie.


Przy okazji tego, mało skomplikowanego proceduralnie, mieszania przypomniały mi się wieczory z kalkulatorem w ręku, spędzane na przeliczaniu stężeń i wag oraz wymyślaniu nowych kombinacji składowych :).
Może kiedyś do tego wrócę.